Dropie

Natalka Suszczyńska / Książka /

W Polsce, w której wysokie czynsze, niskopłatna posada w bankomacie, gadające ptaki, uchodźcy z krajów Beneluksu oraz psy upijające się w tawernach są na porządku dziennym, dziewczyna o refleksyjnej naturze mierzy się z wejściem w dorosłość.

Napitki & Literatura.  Antologia opowiadań holenderskich i flamandzkich

Napitki & Literatura / Książka

W Polsce Holandia kojarzy się zwykle z marihuaną, tulipanami i wiatrakami, czasem jeszcze z siedemnastowiecznym malarstwem. Natomiast Flandria – może z diamentami, koronkami, piwem czy czekoladkami, choć pewnie najczęściej stapia się w jedno z Holandią. Antologia opowiadań niderlandzkich z XX…

Gigusie

Gigusie / Książka

Jakub Michalczenia ma znakomity zmysł obserwacji, co dla prozaika realisty jest ogromnie istotne. Świat, który opisuje, jest prawdziwy i wiarygodny, czytelnik nie ma wątpliwości, że to wszystko prawda, że tacy ludzie istnieją i takie jest ich życie.Kazimierz Orłoś  To nie…

Model i metafora. Komunikacja wizualna w humanistyce

Model i metafora / Książka

Wykresy, schematy i diagramy nie są wyłącznie ilustracjami. Jak dowodzi Model i metafora, można je dziś uznać za niezbędne narzędzia ułatwiające tworzenie współczesnej humanistyki. Wykorzystując jednocześnie teksty i obrazy, książka w zwięzły sposób przedstawia szereg zagadnień istotnych dla każdego historyka, socjologa czy badacza literatury.…

Dziwka

Dziwka / Książka

Weronika pada ofiarą zbrodni ze szczególnym okrucieństwem. Jej przyjaciółka Mery wraca do znienawidzonego rodzinnego miasta, by znaleźć mordercę. Jednak gdy słowo "ofiara" przeplata się z "dziwka" łatwo zgubić  właściwy trop. *** Śmierć Weroniki jest przedwczesna, tragiczna i wielce zagadkowa. Prywatne…

Wychodzimy z ukrycia

Wychodzimy z ukrycia / Książka

Książka Wychodzimy z ukrycia jest kierowana do lesbijek, gejów, biseksualnych i transpłciowych+, jak również innych zainteresowanych, w miejscach, gdzie świadomość tego, jakie znaczenie ma ujawnianie się, jeszcze nie istnieje lub wymaga pogłębienia. Czytelniczki i czytelnicy, dla których temat jest nowy,…

Turysta polski w ZSRR

Turysta polski w ZSRR / Książka

Jeśli pół życia się zmyśliło, a resztę przegapiło, to można zawrócić do ostatniego wyraźnego obrazu w pamięci i od niego zacząć jeszcze raz. Nawet jeśli tym obrazem jest Związek Radziecki. Po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego trafiłem na przewodnik po ZSRR,…

Elementarz Polski dla Polaka i Polki z Polski

Elementarz Polski dla Polaka i Polki z Polski / Książka

Polskę trudno jest zrozumieć. A co dopiero wytłumaczyć na obrazkach. Bolesław Chromry podjął się heroicznej próby narysowania i opisania najważniejszego kraju na świecie. Elementarz to encyklopedia wiedzy, którą niby wszyscy posiadamy, ale próbujemy o niej zapomnieć i zamieść pod dywan.…

Psy ras drobnych

Psy ras drobnych / Książka

Bohaterka: pacjentka (lat 28) depresyjna, bezczynna, zalegająca w łóżku, wycofana z relacji towarzyskich, przyjęta do szpitala psychiatrycznego z powodu pogarszania się stanu psychicznego i nadużywania leków. Cechuje ją postępująca apatia, spadek energii z zaleganiem w łóżku, utrata zainteresowań, gorsze skupienie…

Cierpienia młodej Hany

Katja Gorečan / Książka

Bohaterka tomu, Hana, ma około dwudziestu lat, obgryza paznokcie, pali papierosy, maluje obrazy, lubi spacerować po lesie i pisze poezję. W śmiałych konfesyjnych wierszach podmiotka opowiada o uniwersalnych dziewczyńskich doświadczeniach – przeżywaniu swojej cielesności w oczach własnych i cudzych, miesiączce,…

Frontpage Slideshow | Copyright © 2006-2013 JoomlaWorks Ltd.

Najpolstsza 2 i pół: Precz z Polanami, niech żyją Wiślanie!!!

Ziemowit Szczerek

Oto kolejna, druga i pół, część historii o Polsce – nie od morza do morza, chcielibyście, ale o tej Polsce, która Polski stanowi ośrodek. Re-dzeń.

To podróże przez tereny, które zawsze były polskie, najpolstsze; takie, na których wpływy zewnętrzne zawsze były najsłabsze, gdzie ten sos, co to się z zewnątrz nalewał, wsiąkał w te polskie kartofle, bo ich tam dużo było. I nie zalewał ich z czubkiem, jak gdzie indziej, a rozbabrywał jeno, rozćtapowywał, pacię czynił.

A przy okazji, to będzie pierwsza trylogia w historii świata złożona z więcej, niż trzech części. Doceńcie.

Polska?

Jaka Polska! My tu, na południu, nie jesteśmy żadnymi Polakami! Co my mamy z Polakami wspólnego, co!

Inną mamy tradycję, inną!

Pojechałem – co tam – na Wiślicę. Myślę sobie – Wiślicę zobaczę. Nigdy wcześniej nie widziałem. A przecież to na Wiślicy ten książę siedział „mocarny”, pan plemienia Wiślan, co to chrześcijan nie lubił, urągał im w najlepsze i „szkody im wyrządzał”. Aż mu Cyryl z Metodym powiedzieli, żeby tak się nie rzucał, tylko się ładnie dał ochrzcić, bo go dojadą.

No i w końcu Wiślan dojechali. Najpierw Morawiany, ci od Cyryla i Metodego. Przyjechali, podbili, łochrzcili, ale potem wyjechali. Ale później dojechali Wiślan Polanie. Też podbili, też ochrzcili, ale już, kurwa, zostali.

No bo co ja mam wspólnego z Polanami, co. No co. Bo ileż ja razy w tej Wielkopolsce byłem, no ile: parę razy na krzyż, tyle. Zero rodziny mam w Wielkopolsce. Co ja z Polanami mam, powiedzcie, wspólnego. To już Angela Merkel jest bardziej Polanka ode mnie, bo wszak de domo Kaźmierczak z Poznania. Wiślanin jestem, myślałem, Wiślanin, precz z polańskim okupantem, precz. Polańska menda, ale ale ao, ale ale ao, ale ale ao. Tudzież eja eja o.

Jak to jest w ogóle możliwe, myślałem, oburzony. Ileż to lat my, Wiślanie, mamy znosić tę zasraną polańską okupację! Ileż można tym Polanom dupy lizać! To już ponad tysiąc się zrobiło! Przyszli, kurwa, z Poznańskiego, podbili Kraków i się szarogęszą jak u siebie. Państwo Polan. Polska. Kurwa mać. Jaka Polska! Jakie państwo Polan! Fuck the Polans! Tu jest Wiślania! Wiś-la-nia! Wisła! Kraina Wiślan! Nasze kopce, Wąwel nasz, kurwa, góry, nasze góry i pagórki, a nie ta polańska płaskota zasrana! Równina mną nie będzie rządzić! Tak se myślałem! Co mnie Gniezno i Gopło obchodzą! Sami się gnieździjcie i goplajcie, jeśli macie ochotę, ale mnie w to nie mieszajcie! O nie! Niech se ta wasza równina się nazywa Polską, ale moją ojczyzną jest Wiślania! Książę Krak, a nie jakiś tam Mieszko! I Wanda, co nie chciała Polanina! I jaka, kurwa, „Małopolska”! Sami jesteście „mało”, Wielkopolanie, tej! My jesteśmy Wielkowiślanie, a nie jacyś tam Małopolanie!

No i tak się właśnie gotowałem w środku, tkwiąc w korku na rondzie Mogilskim. Miejscu, w którym kończy się Europa Środkowa, a zaczyna Wschodnia. Bo dopiero za Mogilskim wsiadają do tramwajów dresy z bzyczącą muzyką z komórek, dopiero tam Kraków traci swój cekańskawy charakter i staje się Zwykłym-Polskim-Miastem.

Ale ja jechałem na Wiślicę i nie myślałem wtedy o Europie Środkowej i Wschodniej. Choć, przyznam, no dobra, na co dzień to moja obsesja. Każdy ma jakąś. Ale wtedy myślałem o Wiślanach, i gdybym jaki hymn wiślański znał, to bym zaśpiewał. No, ale nie znałem, więc puściłem sobie na cały regulator Tanz mit Laibach. A co tam. Bo jak człowieka dopadają narodowe emocje, to Tanz mit Laibach robi mu z mózgu falafel. Tak, tak.

No i otworzyłem okno. Tanz mit Laibach nadupcało na full regulator. To lato było, słońce grzało krakowską kotlinkę i było tu trochę jak w woku na full wietnam-fajerze, więc inni też mieli pootwierane okna.

Od nich też nadupcało. Różnorako. To jakąś Adele, to jakimś hardbasiskiem, to znowuż kto inny się jarał Sabatonem i niosło się nad Rondem 40:1, bo wystarczy, że ktoś się za granicą wzruszy Polakami, to już mu Polacy dłonie całują i płaczą z radości. Polaczki.

Od innego samochodu z kolei dobiegało Nie przenoście nam stolicy do Krakowa.

A ode mnie waliło: „ein, zwei, drei, vier, Bruederschen, komm tanz mit mir”.

– E! – ryknął ten od Sabatona, blachy miał wielickie. – Wyłączże, kurwa, tych nazistów! Forti tu łan! Słyszałeś o bitwie nad Wizną, kurwa? Forti tu łan!
– Wolna Wiślania! – krzyknąłem mu na to, podkręcając regulator.
– Co? – nie rozumiał ten z Wieliczki. – Co wolne?
– Wiślania! – krzyknąłem. – Kraj Wiślan!
– Jaki, kurwa, kraj Wiślan?! – nie rozumiał on. Wystawiał łeb z kabiny czarnego golfa. Nos miał jak Półwysep Helski, a brodę nieco w kształcie województwa podkarpackiego. Na lusterku majtał mu się, z jakiegoś powodu, pluszowy krzyż. Wisiał na nim równie pluszowy Dżej Zi.
– Kraj Wiślan! Twoja i moja ojczyzna, Wieliczaninie! – odkrzyknąłem mu. – My, Wiślanie, od tysiąca lat jesteśmy pod polańską okupacją!

Wieliczanin miał minę, jakby się dowiedział, że jest jednocześnie i adoptowany, i z in vitro. Powoli mieliły tryby jego wiedzy historycznej, ale w końcu zamieliły.

– Ty... – stęknął i trochę ściszył Sabatona. – Faktycznie. Jak się tak zastanowić…
– Głoś nowinę! – wykrzyknąłem. – Głoś! Tymczasem! Niech cię prowadzi Wanda, co nie chciała Niemca! Smok Wawelski niech cię prowadzi! Niech cię prowadzi… eee… – rozpaczliwie grzebałem w wiślańskim identity kit, ale nie było to łatwe.
– …Walgierz Wdały – niespodziewanie dokończył Wieliczanin.
– Tak – powiedziałem więc. – Walgierz Wdały. Niech Wąwel będzie z tobą! – dokrzyknąłem, bo już się zielone zapaliło.
– I z duchem twoim! – usłyszałem tylko, jak nieco z dupy wrzeszczy wdały Wieliczanin, i już objeżdżałem rondo, i już skręcałem w Mogilską, a potem przez Czyżyńskie i Kocmyrzowskie pomknąłem na Wiślicę-stolicę.

Kraków się skończył, Huta się skończyła i zaczęło się zielone. Niby wjechałem już z Galicji do Kongresówki, ale tu mi się Europa Środkowa nie kończyła, jak gdzie indziej. Trwała sobie w najlepsze, a ja snułem się między górkami, pagórkami, radośnie machałem moim rodakom-Wiślanom snującym się poboczami, aż patrzyli na mnie jak na podupceńca jakiego.

I mijałem lud spokojny, lud zacny, lud od wieków zasiedziały. Spokojny, nie rozwichrzony po wschodniemu jak ci Polanie, Mazowszanie i inni Lędzice, tylko po wiślańsku, statecznie sobie żyjący. Patrzyłem, jak Wiślanie (spolańszczeni co prawda, kupę tu roboty narodowo-budzicielskiej trzeba będzie, myślałem, odfajkować) zacnie sobie pożywają, jak na przyzebkach se siedzą, lulki kurzą, jak na rowerach jeżdżą w obcisłych strojach i w hełmach, osobliwie jeden z nich w samych sportowych majtkach jeździł, w podobnych do tych, jakie ma na kostium naciągnięte Superman, i w profesjonalnej koszulce rowerowej z napisem BIKE TERROR SQUAD. Włosy miał jak Jamie Lannister z Gry o tron. Zatrąbiłem na tego Wiślanina poczciwego, żeby mu patriotyczną solidarność i wsparcie okazać, ale się wystraszył i wjechał do rowu. W lusterku tylko wstecznym ze smutkiem w oczach oglądałem dwie smutne nogi w profesjonalnych rowerowych adidasach sterczące znad trawiastego nasypu.

Wjazd z Małopolski do Świętokrzyskiego był jak wjazd z kraju do kraju, ale wtedy tak na to nie patrzyłem. Nic, tylko ci Wiślanie i Wiślanie.

I jechałem tą wiślańską ziemią, czytałem te szyldy, WSZECHSPAWANIE, OMNISPEDYCJA, BETON-CUD, OGRODZENIA, ŻE MYSZ SIĘ NIE PRZEŚLIZGNIE, ZIEMNIAKI Z NASZEJ ZIEMI, BURAKEN UND PAPRIKEN GMBH ODDZIAŁ W GRĘBOSZOWIE, WYMIANA SPRZĘGIEŁ „U KACPRA”.

I w końcu wjechałem do Wiślicy.

Szaro tu było i obskurnie.

Do czego to doprowadziły te rządy polańskie, do czego. Sobie myślałem.

Rynek w Wiślicy to było rondo. Objechałem dwa razy dookoła i stanąłem. Dwaj żule siedzący na ławeczce popatrzyli to na moje rejestracje, to na mnie, to znowu na rejestracje, znowu na mnie, na siebie wzajemnie i zgodnie wstali, żeby zebrać ode mnie kasę na jabcoka.

– Macie, rodacy – powiedziałem, dając im trójkę.
– Dzięki, rodaku – wychrypieli, będąc przekonanymi, że mają do czynienia z nawiedzonym, i pewnie dlatego poklepali mnie po ramionach.
– Niech żyje wolna Wiślania! – wykrzyknąłem.
– Wiślica – poprawili mnie odruchowo i już zabierali się do pójścia w stronę sklepu monopolowego, kiedy to ja ich poprawiłem.
– Rodacy, jednak Wiślania.
– Suchejże, chuju – żule odwrócili się w moją stronę – ty nam tu, kurwa, nie mów jak ojcu dzieci robić – zaplątali się trochę, ale bez przesady. – Jak już do Wiślicy przyjeżdżasz, to się naucz, jak poprawnie mówić Wiślica.
– Nic nie rozumiecie. Wiślica – powiedziałem – stolica Wiślanii.

I wygłosiłem im wykład na temat polańskiej okupacji kraju Wiślan.

Żule popatrzyli po sobie, wzruszyli ramionami.

– Chodź, Waciu – powiedział żul do żula – bo tu z waryjotem sprawa.

I poszli.

Stałem na wiślickim rynku i zastanawiałem się, co tu dalej robić. Bo ta wiślańska stolica, cóż, nie była zbyt imponująca. Nawet praw miejskich nie miała. Odebrano jej w połowie XIX wieku i jakoś nikt do tej pory nie pomyślał, żeby jej oddać, co się należy. Polańskie psy – powiedziałem sobie. – Upokarzają Wiślan. Przypadek z tym odebraniem praw miejskich? Nie sądzę. To celowa taktyka – mełłem pod nosem. – Spisek Polański. Trzymają nas, Wiślan, pod butem. Skurwysyny. Mieszają z błotem nasze świętości.

Popatrzyłem w stronę bazyliki. Bryła przysadzista, ciężka. Chrześcijaństwo, myślałem, Wiślanom narzucili najpierw ci cholerni najeźdźcy Morawianie z tym całym Cyrylem i Metodym, a później okupanci – Polanie. Okupancka religia, okupancka, pomyślałem. Wszedłem do sklepu z artykułami żelaznymi i ogólnie gospodarstwa przydomowego i kupiłem tam czarny sprej. Zapłaciłem, i już szedłem w stronę bazyliki, by na jej frontonie wypisywać hasła narodowowyzwoleńcze: Wolna Wiślania, Kraku wróć, Walgierz Wdały na prezydenta, Smoka pomścimy i takie tam, gdy nagle poczułem, że kwas zaczyna mi schodzić.

To było dość dziwne uczucie. Trochę jakby ktoś wyciągał mi spod głowy miękką poduszkę.

Stałem na środku ulicy. Samochody trąbiły na mnie (mimo zakazu używania sygnałów dźwiękowych w terenie zabudowanym!) i objeżdżały dookoła. A ja stałem na środku i trząsłem sprejem. Spojrzałem na ten sprej, sprej spojrzał na mnie małą, czarną dziurką, i nagle dotarło do mnie, co ja, kurwa, wyprawiam.

Jacy, kurwa, Wiślanie?

Co ja w ogóle robię w Wiślicy?

Poza tym w ogóle jakoś słabo mi się zrobiło.

Schowałem sprej do kieszeni i poszedłem w stronę bazyliki.

W środku prawdziwe średniowiecze mieszało się z udawanym średniowieczem. Na ołtarzu wisiała karteczka, żeby nie podchodzić, bo się włączy alarm. To było właśnie to, pomyślałem. To było właśnie to. Pomiędzy sacrum a profanum, pomiędzy wiernym a tabernakulum zamontowano instalację alarmową. Kato-alarm.

Wszedłem na schodki ołtarza.

Alarm się, cóż, włączył.

Postawiłem czarny sprej na ołtarzu, odwróciłem się i wyszedłem.

Zostawiłem za sobą wyjącą bazylikę i poszedłem do knajpy. Musiałem zalać tego kwasa. Bo rozkładając się rozwalał mi mózg na kawałki.

 

*

Knajpa nazywała się Aria i była typowym polskim obskurnym lokaliskiem z wykładziną klejącą się do podeszew, z telewizorem puszczającym pod sufitem przemówienie Jarosława Kaczyńskiego w TVN24 i ze zbieraniną burakonosów i młodych lokalnych tajgerów za stolikami. Nie było tu miejsca dla klasy średniej, jak – na przykład – w Czechach. Klasa średnia siedziała w domach. Trwała. Siedziała na swoich krzesłach, fotelach, tapczanach i kozetkach. Nie ruszała się. Socjalizowali się ze sobą tylko menele i dresiarze. Być może dlatego ich struktury w tym kraju były tak silne.

Piłem piwo i gapiłem się na wiślicki rynek, a tajgery gapiły się to na mnie, to na Jarosława Kaczyńskiego. To na mnie, to na Kaczyńskiego. Jarosław Kaczyński mówił, że kibice piłkarscy to genetyczni patrioci, i że to, co się dzieje na stadionach, to piękny przykład przywiązania do Ojczyzny. Tajgery rosły w siłę. Przecież byli kibicami, byli. Czymś trzeba było zająć długie wieczory po robocie. Ileż można było tę żonę lać. Tyle, że nikt ich wcześniej nie docenił tak, jak ich teraz pan Jarosław doceniał.

No, a teraz ich doceniono.

– Polskaaa, biało-czerwoni, Polskaaa, biało-czerwoni – ryczeli docenieni tajgerzy i rozglądali się za jakim nieprawdziwym Polakiem, żeby mu gdzie tam wdupcyć.

Wiedziałem, oczywiście, że prędzej czy później odczują potrzebę nastukania mi jako jedynemu nielokalsowi w knajpie, ale kwas był cokolwiek naspidowany, więc i spid mi schodził. Dlatego mózg miałem zesztywniały i byłem doskonale zobojętniały na wszystko.

Bazylika jak wyła, tak wyła. Nikt się jakoś nią nie zainteresował.

Przez okno widziałem, jak rynek przecinają, na giętkich nogach, moi dwaj żule. Też zmierzali do knajpy Aria. Pchnęli drzwi i weszli do środka. Zobaczyli mnie. Skiepowałem fajkę.

– O – powiedział jeden, o imieniu, jak pamiętałem, Waciu – Wiślanin.
– Panie – powiedział drugi żul – my żeśmy trochę myśleli o tym, co pan mówiłeś. O tej polańskiej okupacji.
– Dajcie mi spokój – jęknąłem.
– No ale panie! – jarał się Waciu. – No faktycznie! To myśmy się całe życie zastanawiali, co tu w tej naszej Po… w tym naszym kraju tak źle, a teraz już wiemy: to Polanie nami rządzą! Od tysiąca lat nam tę swoją chujnię polańską wciskają… panie! Przecież to wszystko jasne! Trzeba zrzucić jarzmo polańskie!
– O Jezu – westchnąłem.
– Panie! – mówił teraz ten drugi żul, a z ust tęchnęło mu jabcokiem za moje pieniądze. – Ale to trzeba działać! To nie ma tak! Kraj Wiślan się musi odrodzić! A odrodzi się wielki, sprawiedliwy! Szklane, panie, domy tu staną w Wiślicy, najlepiej przy Kilińskiego…
– Panowie – wydusiłem z siebie cienko – z tożsamością narodową jest jak z posiadaniem kota. Wystarczy wyjść na balkon, wybrać sobie jednego z tych bezpańskich, co to latają po podwórzu, i założyć, że jeden z nich jest wasz. I tak samo z narodem.

Waciu i ten drugi popatrzyli na siebie.

– Co? – Nie pojęli.
– O Jezu – powiedziałem. – Słowacy, na przykład, wkręcili sobie, że są potomkami Wielkich Moraw. A tak naprawdę są potomkami chłopów, którzy sobie gdzieś tam na halach gospodarzyli, a Wielkie Morawy to gdzieś tam sobie na części ich terenów leżały i były raczej organizacją typu mafijnego, której rzeczeni chłopi z serca i duszy nienawidzili, bo trzeba było jej płacić kasę i dawać się za nią ciągać po wojnach. A Węgrzy sobie wkręcili, że są potomkami Hunów, a prawda jest taka, że są potomkami takich samych chłopów jak Słowacy, tyle że 1000 lat temu najechali ich Azjaci na małych konikach, podbili ich, zerżnęli im kobiety, nauczyli mówić swoim językiem, po czym roztopili się w ich masie. Macedończycy założyli sobie, że są potomkami Aleksandra Macedońskiego, Albańczycy – że są potomkami Illirów, Białorusini – Litwinów, choć ich chłopscy przodkowie mówili o sobie per „tutejsi”, a tożsamość litewska była domeną szlachty, najpierw, notabene, zruszczonej, a później spolonizowanej. Chorwaci, z kolei, sobie wymyślili, że są potomkami jakiegoś zabłąkanego irańskiego ludu. To i wy – podsumowałem – możecie sobie założyć, że jesteście Wiślanami, co tam.
– A pan – zapytał kolega Wacia, nieco skołowany – co se zakłada?
– Aktualnie – odpowiedziałem – w dupie mam i Wiślan, i Polan, i Wielkie Morawy, i Wiślicę. Europę Wschodnią, Środkową…
– Wiślan w dupie? – upewnił się kolega Wacia.

Skinąłem głową.

– Eee, te! – powiedział Waciu. – A ty co! Ty zdrajco!
– Ty żydzie zajebany! – dodał ten drugi i machnął na tajgerów. – Żyd tu! Żyd!

Tajgerom wiele razy powtarzać nie było trzeba.

– Żyyyd! – warknął jeden.
– Takżem se od samego początku myślał! – jarał się drugi tajger, szukając wzroku towarzyszy. – Jak Boga kocham! Naprawdę! Takżem se myślał, że Żyd!

 

*

Zwiałem do wyjącej bazyliki. W końcu, myślałem zwiewając, kościoły to zawsze była ucieczka grzesznych. Refugium peccatorum. W kościele, u stóp ołtarza, pekator był bezpieczny.

Pchnąłem ciężkie drzwi i wbiegłem do środka. Bazylika wyła. Było pusto. Wszyscy ci udający średniowiecznych święci na ścianach tępo gapili się w nicość.

Tajgery wlazły za mną. Stanęły i patrzyły, jak idę w stronę schodów ołtarza. Rozglądali się niepewnie po ścianach.

A ja usiadłem na schodach. Pod ołtarzem, na którym nadal stał czarny sprej. Alarm, co dziwne, się wyłączył.

Tajgery stały i nie wiedziały co robić. Dżokejki pościągały z głów. Rozglądały się niepewnie.

– Chodź tu, kur… cholera! – głośnym szeptem powiedział jeden. – To ci, żydzie, du… pupe urwe!

Położyłem się na tych schodach. Patrzyłem w sklepienie kościoła.

– No chodź tu, ty, kurrr…! – syczały tajgery. – Chodźże tu, to ci napie… ten, no.

Podrapałem się za uchem i już miałem nadzieję się zdrzemnąć, gdy usłyszałem tubalny głos.

– A co to tu tak leży?

Odwróciłem głowę. Ksiądz stał koło mnie w całej swojej tuszy, w całej swojej czerni, w całej swojej perkatości.

– Do domu bożego przyszedłem – odmruknąłem, znów zamykając oczy.
– Żyd to! Żyd, psze księdza! – głośniej powiedziały ośmielone nieco tajgery.
– Co tu robisz, synu? – tubalnie ryczał ksiądz.
– Nie jestem twoim synem, synu – odpowiedziałem. – Ale mam zjazd, jeśli ci już pytasz.
– Wynoś się stąd, synu – usłyszałem.
– Nie mogę – mruknąłem. – Bo mnie pogryzą twoi parafianie, synu.
– Wyjdź, bo wezwę policję.
– Wezwij. Synu.
– A po co policję wzywać, psze księdza – głośno powiedziały tajgery. – My go zaraz wywleczemy!

Usiadłem. Wstałem i poszedłem do jednej z kościelnych ław.

– Tu dobrze? – spytałem.
– Nie – odpowiedział ksiądz. Na twarz zaczęła wpływać mu czerwień. – Przez takich jak ty ten kraj staje się Sodomą.
– Przez takich jak ty – westchnąłem – ten kraj jest pełen takich poczciwców jak – wskazałem kciukiem za siebie – tamci. Twoi parafianie. Genetyczni patrioci. Gdybyście, sukinsyny – zachichotałem – nie zdusili reformacji, to by się mieszczaństwo w Polsce umocniło, i cechy by się umacniały, i manufaktury, i może jaka rewolucyjka przemysłowa, infrastrukturalna – uśmiechałem się. – A tak to nic, tylko ciemni chłopi i skretyniała szlachta. I wy. I błoto po horyzont, i po pas. I nic więcej. I człowiek sobie musi wyobrażać ciągle jakieś historie alternatywne, w których nie jest tak przejebanie, jak jest.
– Wynoś się stąd.
– Przyszedłem się pomodlić.
– Do kogo?
– Nie wiem – odburknąłem. – Pomedytuję, zajrzę w głąb siebie. Może coś wymyślę. Ale raczej wątpię. Myślę, że nawet jeśli jest jakaś tajemnica, to jej rozwiązanie jest i tak systemowe i banalne.
– Mówię po raz ostatni.

Wstałem, przewróciłem oczami i wyszedłem. I dostałem od Wiślan pod nieuświadomioną polańską okupacją taki oklep, jakiego jeszcze w życiu nie dostałem.

Amen.

• • •

Więcej o książce Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian Ziemowita Szczerka w katalogu wydawniczym Korporacji Ha!art

Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian w naszej księgarni internetowej

• • •

Czytaj także:

• • •

Zobacz także:

• • •

Ziemowit Szczerek – dziennikarz portalu Interia.pl, współpracuje z „Nową Europą Wschodnią”, autor opowiadań publikowanych m.in. w „Lampie”, „Studium”, „Opowiadaniach” i E-splocie oraz współautor wydanej w 2010 r. książki pt. „Paczka radomskich”. Pisze doktorat z politologii, zajmuje się wschodem Europy i dziwactwami geopolitycznymi, historycznymi i kulturowymi. Jeździ po dziwnych miejscach i o tym pisze. Ostatnio najbardziej inspiruje go gonzo i literatura / dziennikarstwo podróżnicze.

Online za darmo

ha-art-55-3-2016
Numer specjalny: DANK MEMES

Ha!art 55 3/2016

Numer specjalny: DANK MEMES W środeczku: Ahus, Mateusz Anczykowski, Cichy Nabiau, Cipasek, Czarno-biały Pag, Ewa Kaleta, Princ polo, Top Mem, Przemysław...Więcej...
literatura-polska-po-1989-roku-w-swietle-teorii-pierre-a-bourdieu
Nadrzędnym celem projektu był naukowy opis dwudziestu pięciu lat rozwoju pola literackiego w Polsce (1989–2014) i zachowań jego głównych aktorów (pisarzy...Więcej...
bletka-z-balustrady
Bletka z balustrady to ciąg zdarzeń komponujący cyfrowy wiersz. Algorytm opiera się na ramie syntaktycznej utworu Noga Tadeusza Peipera, z którego zostały...Więcej...
rekopis-znaleziony-w-saragossie-adaptacja-sieciowa
Dzięki umieszczeniu arcymistrzowskiej prozy hrabiego Potockiego w cyfrowym otoczeniu, czytelnik otrzymuje gwarancję świeżej i pełnej przygód lektury....Więcej...

Czasopismo

ha-art-59-3-2017

Ha!art 59 3/2017

Literatura amerykańska XX i XXI wieku, o której nie mieliście pojęcia Autorki i autorzy numeru: Sandy Baldwin, Charles Olson, Piotr Marecki, Araki Yasusada, Shiv Kotecha, Lawrence Giffin, Kenneth...
Projekt Petronela Sztela      Realizacja realis

Nasz serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w naszej polityce prywatności.

Zgadzam się na użycie plików cookies.

EU Cookie Directive Module Information