Mariusz Pisarski - Skąpstwo (i mądrość) wydawców
Gdy pod koniec stycznia Steve Jobs ogłaszał powstanie nowej cyfrowej księgarni pod kuratelą Apple’a, demonstrując lekturę e-booków i elektronicznych wydań czasopism, przeciętny czytelnik mógł się tylko cieszyć. Oto, wraz z iPadem, nadchodzi potężny konkurent dla Kindle, Sony Readera i innych, pojawiających się jak grzyby po deszczu, urządzeń do czytania na ekranie.
Im większa konkurencja, tym lepiej dla czytelnika.
Niestety. Już na drugi dzień w biurach największej księgarni świata Amazon rozdzwaniają się telefony. Podbudowani i dumni, iż oczy całego świata zwrócone są na nich, z rumieńcami panny na wydaniu, przedstawiciele domów wydawniczych Macmillan, Hachette Book Group i HarperCollins żądają podwyższenia cen e-wersji swoich bestsellerów z $ 9.99 do $12.95 i $14.95. Cóż bardziej rozsądnego: wynegocjowawszy większe ceny z Apple’m wydawcy pragną tych samych warunków u Amazona. Mniejsza z tym, że Kindle i iPad to dwa różne urządzenia. To pierwsze wspiera tylko czarno-biały tekst. To drugie mieni się wszelkimi odcieniami multimedialności a na dodatek reaguje na dotyk, odległość od ciała i położenie geograficzne czytelnika. Ta drobna różnica nie zostaje uchwycona przez gigantów świata wydawniczego. Sprzedaż tego samego produktu na dwie różne platformy, bez wkładania najmniejszego wysiłku w dostosowanie (wzbogacenie) treści, wydaje się naturalną koleją rzeczy.
Sprawy zachodzą jeszcze dalej. Model biznesowy księgarni iBooks ma być taki, jak sklepu muzycznego iTunes: 30% ceny, jaką płaci czytelnik, zostaje u Apple’a a 70% wraca do wydawcy. Model ten zrewolucjonizował cyfrową dystrybucję muzyki. Miliardy sprzedanych piosenek mówią same za siebie. Choć piractwo wciąż istnieje, wytwórnie wreszcie zaczęły na formacie cyfrowym zarabiać. Ogromny sukces AppStore - sklepu z programami na telefon iPhone, raz jeszcze potwierdził skuteczność modelu 30/70. Najważniejsi gracze na rynku gier chcą być obecni na iPhonie a setki niezależnych twórców gier i drobnych programów użytkowych porzuciło swoje codzienne zawody, by założyć własną działalność, opartą na dostarczaniu treści na do AppStore.
Jednak wielu wydawcom książek proponowany dla iBooks model biznesowy nie podoba się. „To Apple potrzebuje treści, więc to oni powinni płacić nam, a nie my im” - odezwały się głosy co sprytniejszych. Wizja ta, choć na pozór rozsądna, gdyż odtwarzająca konwencjonalne, dobrze znane relacje pomiędzy wydawcą a księgarnią, jest niestety totalnie pomylona. To właśnie ona stoi za klęską dotychczasowych modeli dystrybucji i sprzedaży e-booków. Apple nie potrzebuje treści. Księgarnia jest wabikiem i wartością dodaną sprzętu, który Apple sprzedaje.
Na szczęście są wyjątki. Wśród przebłysków skąpstwa i głupoty, także i świat wydawniczy ma swoich wizjonerów. Nie po raz pierwszy przed szereg wychodzi wydawnictwo Penguin. I czyni to na wszystkich frontach. Po pierwsze Penguin nie tylko zgadza się z modelem 30/70 ale - jak podkreśla szef wydawnictwa John Makinson - widzi w iPadzie „pierwszą prawdziwą sposobność stworzenia odpłatnego sposobu dystrybucji, który byłby atrakcyjny dla czytelnika”. Po drugie, i najważniejsze, Penguin zdaje sobie sprawę, że prezentacja treści na iPadzie musi się różnić zarówno od modelu książkowego jak i od symulującego książkę sposobu prezentacji, jaki proponuje Kindle.
„Będziemy się starać wzbogacać nasze pozycje na iPada o streaming audio i wideo oraz o elementy komputerowej gry” - dodaje Makinson. Zamiary Penguina oznaczają rezygnację z formatu .epub na rzecz HTML a zarazem jakościowe przesunięcie: tak wzbogacone książki nie będą już e-bookami lecz nabiorą cech programu komputerowego. „Sama definicja książki musi ulec zmianie” - dodaje na koniec szef jednego z najważniejszych brytyjskich wydawnictw. Tę jakościową różnicę najlepiej ilustruje zamieszczone poniżej wideo:
Na początku lat dziewięćdziesiątych sporego zamieszania dokonała w świecie wydawniczym USA kampania reklamowa encyklopedii Encarta. Obiecywała ona zastąpienie encyklopedycznych, edukacyjnych wydawnictw CD-romami z „multimedialną i interaktywną” treścią. Po kilkunastu latach możemy powiedzieć bez obaw: rewolucja się dokonała. Nawet Umberto Eco, postborgesowski piewca bibliotek i encyklopedii, nie kwestionuje szeregu przewag, głównie natury praktycznej, jakimi elektroniczna encyklopedia przewyższa swoją starszą, papierowej siostrę.
Czy podobny wpływ, tym razem nie tylko na pozycje edukacyjne ale i na literaturę piękną, będą miały interaktywne „książki” Penguina?
P.S.
Od peletonu wydawców oderwała się ostatnio, niestety w kierunku przeciwnym do mety, oddalając się jeszcze bardziej od liderów w koszulkach Penguina, grupa polskich asów rynku książki. W strachu przed formatem cyfrowym obwieścili oni, iż nie będą dostarczać bibliotekom publicznym cyfrowych wersji swoich wydawnictw.
• • •
paidContent: UK: http://paidcontent.co.uk/article/419-first-look-how-penguin-will-reinvent-books-with-ipad
Appleinsider: http://www.appleinsider.com/articles/10/03/04/penguin_books_bets_big_on_ipad_interactive_content.html
• • •
Mariusz Pisarski - (urodzony w 1973 r.) redaktor naczelny serwisu Techsty - Literatura i Nowe Media. Kurator, tłumacz i producent literatury hipertekstowej.
!!! MAKIETA !!!
?
!!! MAKIETA !!!
?
