Jan Krasnowolski - Afrykańska elektronika [fragmenty]

Afrykańska elektronikaBrudny Heniek

W tym samym jednak momencie zauważa na betonowej podłodze mokre ślady butów. Jak na ironię, ślady prowadzą prosto do drzwi, za którymi miał nadzieję znaleźć ubikację. Heniek ściska w dłoni pałkę, zadowolony, że nie zgubił jej w czasie ucieczki.

Na tyle cicho, na ile pozwalają mu podkute buty i pulsująca bólem noga, skrada się w kierunku drzwi do pomieszczeń socjalnych. Otwiera je ostrożnie, przed sobą ma korytarzyk. Tutaj ślady są świeże, na szarym linoleum widać wyraźnie wypadłe z protektora wałeczki śniegu, które jeszcze nie zdążyły stopnieć. Ślady prowadzą prosto do drzwi z napisem „Toalety”. Dostrzega wydobywającą się spod drzwi smugę światła. Zamiera na chwilę i wtedy wydaje mu się, że słyszy jakiś ruch – jakby szelest. Unosi pałkę nad głowę, gwałtownym ruchem szarpie za klamkę.

– Mam cię, skurwysynu! – ryczy na cały głos, po czym staje jak wryty, z pałką wciąż uniesioną nad głową.

Na kiblu siedzi Święty Mikołaj, z czerwonymi spodniami spuszczonymi do kostek. Wielki i zwalisty, w czerwonej czapie, z siwą, skudloną brodą. I z pistoletem wymierzonym prosto w jego twarz. Osłupiały Heniek gapi się w czarny wylot. Trwa to nie dłużej niż ułamek sekundy, ale dla niego to cała wieczność. Zanim zdąży wykonać jakiś unik, cokolwiek powiedzieć, z lufy wyskakuje ogień. Heniek czuje uderzenie w głowę, ale nie słyszy już huku. Po prostu traci łączność z rzeczywistością, osuwa się w ciemność, leci gdzieś w bezdenną studnię. Ostatnią rzeczą, jaką rejestruje, są buty Mikołaja – czarne, wysokie, z cholewkami. Identyczne jak jego własne.

– No ja rzesz pierdolę, co za dzień! – jęczy do siebie Święty Mikołaj.

Nie zawracając sobie głowy podcieraniem ani spuszczeniem wody, trzęsącymi rękami naciąga spodnie na tyłek. Pochyla się nad leżącym Heńkiem, przygląda mu się uważnie. Wydaje mu się, że tamten wciąż oddycha. Rozważa przez chwilę pomysł dobicia go kolejnym strzałem w głowę, jednak nie decyduje się. Pociąga nosem z obrzydzeniem.

Brązowa plama, która wykwita na spodniach moro leżącego, śmierdzi paskudnie.

(...)

 

 

Afrykańska elektronika

Wieczorem dzwoni Tom, wyciąga mnie do pubu. Pijemy jedno piwo za drugim i rozpamiętujemy całą sytuację. Potem, kiedy mamy już dość piwa, wychodzimy z pubu i idziemy na plażę zapalić jointa. Nikt nie skręca tak fachowych jointów, jak Tom. Są dobrze ubite i mają kształt idealnej tuby. Uwielbiam patrzeć jak roluje, zazdroszczę zręczności jego palcom.

– Wiem, że to wszystko stało się dlatego, że stanąłeś za mną – mówi, śliniąc bibułkę. – Jesteś prawdziwym przyjacielem. Pozwól, że zrobię coś, żeby wyrównać rachunki.
– Potniesz Grzesiowi opony, czy dasz w mordę? A może podrzucisz perfumy do kieszeni? – patrzę na niego rozbawiony. – Wiesz co, myślę, że nie warto babrać sobie rąk gównem, czasem lepiej odpuścić.
– Zrobię coś innego – mówi Tom i odpala skręta. Zaciąga się głęboko, wypuszcza wonny dym, potem przekazuje mi lolka. Dopiero wtedy sięga po telefon i pokazuje mi w tym telefonie zdjęcie Grzesia. Całkiem niezła fotka, strzelona z zaskoczenia, przedstawia Grzesia nad talerzem frytek w zakładowej kantynie, głupia mina i wąsik upaprany w keczupie.
– Zamierzam skorzystać z pomocy mojej rodziny – mówi.
– To znaczy, że co? Naślesz na niego swoich czarnych braci? – zaczynam chichotać, zwłaszcza że trawa zaczyna na mnie działać. – Pokażesz im zdjęcie tego ćwoka i zamówisz mu klepanie mordy?
– Prawdopodobnie słyszałeś o voodoo – mówi Tom, całkowicie ignorując moje uwagi. – Tak się składa, że jeden z moich wujków jest szamanem, bardzo potężnym czarownikiem voodoo albo raczej – juju, bo tak to się naprawdę nazywa. Niektórzy mówią na to także afrykańska elektronika, trochę dla zgrywy, że niby to jedyny w swoim rodzaju, nasz własny, afrykański rodzaj elektroniki. Coś, czego nigdy nikt nie widział, ale tak naprawdę jest.
– A jest?
– Sam się przekonasz. Jeśli wyślę wujkowi to zdjęcie i poproszę go, żeby zrobił coś dla mnie, on to zrobi.
– I to niby zadziała?
– Możesz wierzyć albo nie, ale nasi szamani potrafią robić rzeczy, o jakich się wam, białym ludziom, nawet nie śniło. Kontaktują się z duchami przodków, z ich pomocą wysyłają energię, która sprawia, że ktoś zachoruje albo się zakocha, albo oszaleje, albo umrze. Potrafią też uzdrawiać i sprowadzić na człowieka dobrobyt, mogą też chronić przed czarami innych szamanów. Ale tym, o co prosimy ich najczęściej, jest sprowadzenie nieszczęścia na naszych nieprzyjaciół. O to właśnie chcę wujka tym razem poprosić i jestem pewien, że potrafi to zrobić, bo chociaż mieszka w Ghanie, odległość nie ma tutaj żadnego znaczenia. Zresztą, poczekaj trochę, zobaczysz sam.

(...)

 

 

Hasta siempre, comandante

– Popatrz, seniorita, rewolucyjne sztandary, którymi obwieszone jest miasto, mają kolor krwi, ale powiem ci, co naprawdę myślę: pieprzyć rewolucję, teraz dla mnie liczy się tylko krew – mówię, wygodnie rozparty za kierownicą mojego pontiaca rocznik ’55, prując ciągnącą się wzdłuż brzegu oceanu Malecone. Czerwień na sztandarach, czerwień świateł na skrzyżowaniach, czerwień pulsuje w mojej głowie, przyprawia mnie o dreszcze. To obsesja, od której choćbym chciał, nie potrafię się uwolnić i krążąc po zapuszczonych zaułkach, myślę tylko o ciepłych strugach, jakimi nie raz spływały te ulice. – Pieprzyć rewolucję, pogadajmy o krwi – kontynuuję swój monolog skierowany do latynoskiej piękności siedzącej obok mnie.

– Krew, utoczyłem jej więcej niż ktokolwiek inny w tym mieście. Spytaj starych ludzi, znają mnie, o znają dobrze. Kiedy byłem młody i naiwny jak dziecko, marzyłem o krainie szczęścia, tej samej, o której stary piernik wciąż potrafił ględzić w swoich niekończących się przemówieniach do narodu, a w którą nikt już nie wierzy. Wolność, sprawiedliwość i równość brzmią w jego ustach jak zaklęcia, którymi czaruje naród od pół wieku. Na mnie też to kiedyś działało, ale teraz wiem swoje. Ludzie stają się tak naprawdę równi tylko i dopiero w obliczu śmierci. Dopiero wówczas stają się też naprawdę wolni. Wyzwoliłem w ten sposób wystarczająco wielu, żeby wiedzieć to lepiej niż ktokolwiek inny. I zdradzę ci jeden sekret – ponieważ stajemy na światłach, nachylam się w jej stronę i muskam sztywnym palcem policzek, potem nachylam się i całuję ją delikatnie w ucho. Jest zimne jak alabaster, ale wyobrażam sobie, że sprawia jej to przyjemność taką samą jak mnie.

(...)

 

 

Kindoki

Wreszcie zaczęli wpuszczać na prom. Pracownik portu w odblaskowej kurtce zaczął kierować auta w stronę rampy, zaczynając od linii A, potem B, potem C. Kiedy przyszła kolej na linię Rybki, ten zapalił silnik i ruszył powoli za Litwinem, który jak nic przewoził mnóstwo gorzały i minimum trzydzieści wagonów fajek. Dobrze się składa, pomyślał. Taki grat na sto procent podpadnie celnikom w Dover, dzięki czemu Rybka przemknie niezauważony.

Pnąc się pod górę rampą do stalowego, przestronnego jak brzuch wieloryba wnętrza promu, jeszcze raz spojrzał w lusterko.

I wtedy zobaczył buroszarą furgonetkę, która właśnie wjeżdżała na plac załadunkowy. Z daleka nie mógł dostrzec żadnych charakterystycznych szczegółów, to mógł być czysty przypadek. Świat roi się od szarych, zdezelowanych furgonetek, zapewne setki takich właśnie aut przeprawiają się codziennie promem do Dover. Włącza mi się paranoja, ostatnio paliłem za dużo zielska, pocieszał się Rybka, wjeżdżając na deck samochodowy. To nie mogła być ta sama furgonetka. Wariat ogarnięty furią drogową został gdzieś tam we Francji, pod Lyonem pojechał innym zjazdem i teraz jest gdzieś daleko, pewno znowu pędzi jakąś autostradą, wyżywając się na jakimś innym, Bogu ducha winnym kierowcy, na drogach pełno dzisiaj takich świrów.

A jednak czuł podskórnie, swoim szóstym zmysłem, że to właśnie jego prześladowca, który wrócił na trasę, jakimś cudem nadrobił stracony czas i zdążył się załapać na ten sam prom.

Nakierowany przez pracownika w odblaskowej kurtce, zaparkował zaraz za terenowym mitsubishi z pontonem motorowym na lawecie. Zgasił silnik i zaciągnął ręczny hamulec. Za nim parkowały już następne auta, zderzak za zderzakiem. Sprawdził, czy ma przy sobie portfel i telefon, a potem sięgnął do schowka i wyłowił stamtąd kastet. Czując w dłoni ciężki metal, od razu poczuł się pewniej. Wsunął kastet do kieszeni spodni i wysiadł z auta.

(...)

• • •

Jan Krasnowolski (1972) – prozaik, autor minimalistycznych opowiadań opublikowanych w zbiorach 9 łatwych kawałków (2001) i Klatka (Korporacja Ha!art, 2006). Po skończeniu Liceum Plastycznego pracował w wielu różnych zawodach. Od urodzenia związany z Krakowem, jednak w 2006 r. wyjechał do Wielkiej Brytanii, gdzie osiadł w Bournemouth. Tu również próbował swoich sił w kilku zawodach, dużo czasu spędził na wózkach widłowych. Obecnie prowadzi firmę budowlaną. Doświadczenie emigracyjne zawarł w tomie opowiadań Afrykańska elektronika (2013). Opowiadania Krasnowolskiego określa się mianem lad lit, czyli popularnej literatury przeznaczonej głównie dla męskiego odbiorcy.

• • •

Więcej o książce Afrykańska elektronika Jana Krasnowolskiego w katalogu wydawniczym Korporacji Ha!art

Afrykańska elektronika w naszej księgarni internetowej

Projekt Petronela Sztela      Realizacja realis

Nasz serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w naszej polityce prywatności.

Zgadzam się na użycie plików cookies.

EU Cookie Directive Module Information