Matthias Göritz - Krótki sen Jakoba Vossa [fragment]

Jego pokój znajdował się na pierwszym piętrze, jak wszystkie sypialnie. Rano zostawił okno otwarte. Mimo to wewnątrz panował zaduch. Chłopiec przebrał się. Szkolne ubranie było przepocone, na spodniach ciągle miał piach i źdźbła trawy, na prawym kolanie dżinsy były lekko rozdarte. Wyjrzał przez okno.

Na dziedzińcu zaczynała pracę druga zmiana. Rozładunek, przede wszystkim jednak praca przy taśmach, były bardzo męczące. Wielu skarżyło się na zapach krwi, od którego robiło im się niedobrze. Zdawało się, że dociera nawet tutaj  — słodki i stęchły opar, zostawiający w ustach skórzany, lekko metaliczny posmak. Robotnicy nie staliby z pewnością tak blisko domu, gdyby ojciec był już znowu w biurze i gdyby siedział na widocznym miejscu przy biurku za wielką kilkuwarstwową szybą. Po chwili paczki papierosów powędrowały do kieszeni fartuchów i kurtek.
—  Lepiej, żeby palić niż śmierdzieć  — zaśmiała się pani Brasch.
Gdy ostatnia kobieta zawiązała na głowie chustę i zniknęła w skubalni, poczuł przez chwilę zapach gorącego wosku.

Ojciec wyjaśnił mu zasadę uboju podczas ich pierwszego wspólnego obchodu; chciał, żeby jego syn wszystko rozumiał. Właściwy proces uboju składał się z trzech etapów. Najpierw zwierzęta były ogłuszane. Nie używano do tego prądu, bo podczas ogłuszania prądem na ciałach szamoczących się ptaków powstawały krwiaki. Mięso było wtedy mniej delikatne. Zwierzęta usypiane były za pomocą gazu. Taśma z ptakami wjeżdżała do rzeźni i przechodziła przez kontener z dwutlenkiem węgla. Urządzenia wentylacyjne pracowały na najwyższych obrotach, by oczyścić powietrze z gazu w niewielkich ilościach wydostającego się z kontenera razem ze zwierzętami. Mimo to w hali unosił się zapach krwi i spalin. Potem zwierzęta zarzynano. Zarzynano je, jak wyjaśnił mu ojciec, robiąc im od strony grzbietu okrągły otwór w mięśniu między głową a kręgiem szyjnym. Nie wolno było przy tym uszkodzić kości ani przewodów oddechowych, bo wtedy zwierzęta bardzo się miotały. Jeśli otwór wykonywany był precyzyjnie, głowa opadała na bok, a krew mogła swobodnie spłynąć do rynny. Proces wykrwawiania się został dokładnie zaplanowany: kaczki potrzebowały na to dwie minuty, co przy normalnej prędkości taśmy wymagało rynny o długości dwudziestu metrów. W przypadku indyków musiałoby to trwać półtorej minuty dłużej. Po pierwszej wizycie w rzeźni chłopiec już nigdy nie miał ochoty tam zaglądać.
Martwe zwierzęta opuszczające rzeźnię, która plastikową, nieprzeźroczystą ścianką oddzielona była od skubalni, wisiały na długim łańcuchu, przypominającym chłopcu łańcuch rowerowy. Gdy zwierzęta już całkiem się wykrwawiły, cały czas wisząc na hakach, docierały na kwadratową paletę. Gdy kwadrat zapełniał się dyndającymi zwłokami, jeden z robotników zanurzał je w kadzi. Mniej więcej przez trzydzieści sekund kąpały się w gorącym wosku. Potem znowu je wyciągano. Kaczki pokryte były teraz warstwą wosku, którą należało szybko utwardzić. W tym celu całą paletę przesuwano w głąb pomieszczenia i zanurzano w chłodnej wodzie. Wosk twardniał, a robotnice mogły zdejmować kaczki z haków i zeskrobywać go lub obłamywać, jak im było wygodniej. Skubanie ręczne było wprawdzie pracochłonne  — zazwyczaj upierzenie usuwane było przez wyposażone w gumowe palce i obracające się z dużą szybkością wałki  — mechaniczne skubanie miało jednak zdecydowanie negatywny wpływ na konsystencję drobiowego mięsa. Klasa jakości A‑B. Odłupywany, jeszcze ciepły wosk wrzucano razem z piórami do pudeł zbieranych regularnie przez jedną ze skubiących kobiet i opróżnianych do kadzi, którą potem podgrzewano: po odcedzeniu piór wosk można było wykorzystać ponownie. Chłopiec uważał, że okryte woskowym płaszczem kaczki wyglądają jak mali śpiący złoci astronauci.
Taśma sunęła dalej. Otwierano kuper, wyjmowano wnętrzności, części jadalne wędrowały na inną taśmę, gdzie poddawano je dalszej obróbce. Odcinano gruczoł kuprowy, głowę i nogi. Niejadalne odpadki były od razu spłukiwane do ścieku. Następnie korpus wypłukiwano wodą o temperaturze trzydziestu, trzydziestu pięciu stopni i półautomatyczny, standardowy cykl produkcyjny dobiegał końca: mięso było gotowe do pieczenia. Na zamówienie produkowano również całe korpusy, korpusy wypatroszone lub filety do grillowania. Aby wydłużyć ich okres przydatności do spożycia, ciepłe jeszcze tuszki umieszczano w tunelu z zimnym powietrzem i spryskiwano lodowatą wodą, a zaraz po zważeniu pakowano. Jeśli zaś ptaki miały jechać gdzieś dalej, tak że nie miały szansy dotrzeć na miejsce jako świeży towar, po zapakowaniu wędrowały do tunelu, gdzie mrożono je za pomocą dwutlenku węgla i azotu.

Chłopiec przyglądał się siniakowi tuż pod rzepką kolanową, którego nabił sobie przy upadku. Obmacywał go dwoma palcami. Dotykając krwiaków, miał wrażenie, jakby coś zaczynało w nim rosnąć. Poza tym nic mu się nie stało. Na głowie miał małego guza, otarł skórę w kilku miejscach na rękach i kolanach, ale tym można się było nie przejmować. Przyłożył do nich ostrze finki. Był strasznie zmęczony, a na myśl o jatce urządzanej właśnie po drugiej stronie podwórza robiło mu się niedobrze. Zamknął okno i rozebrał się do majtek. Dywan był ciepły od słońca. Szorstka wełna pod stopami przypominała kędzierzawą sierść psa. Pomarańczowo‑czerwonego psa, na którego grzbiecie jego fioletowy siniak widniał jak wrzód.
Chłopiec wyjął spod materaca komiks Fantastyczna Czwórka. Kupił ich od Dietmara cały stosik, po dziesięć fenigów za sztukę. Fantastyczna Czwórka, Hulk, Spiderman, The Punisher. Położył się na podłodze i poczuł kłucie w lewym barku. Na dwudziestej piątej stronie pierwszego zeszytu Mr. Fantastic twierdzi, że pod wpływem kosmicznego promieniowania, na jakie w czasie lotu przez krótką chwilę narażona była czwórka doświadczalnych pilotów, może swoją rękę swobodnie wydłużać, skręcać, wiązać w supły, zginać. Ale najważniejsze, że znów tu są, myślał chłopiec  — bezpieczni, na ziemi, na której lądowali awaryjnie, wrócili pod inną postacią, ale w dalszym ciągu są przyjaciółmi, stanowią zespół. Wściekły Johnny Storm stał się Ludzką Pochodnią, która może spalić wszystko, na co tylko wskaże palcem, łapie przeciwników na ogniste lassa i śmiga w powietrzu jak odrzutowiec. Jego siostra Sue, która najczęściej pozostawała niewidzialna, nauczyła się właśnie otaczać polem ochronnym. Najbardziej lubił Bena, Stwora, silnego, postawnego mężczyznę w niebieskich dresach, który oddałby wszystko, by znowu być człowiekiem zamiast pomarańczowym Stworem, wyglądającym jak bryła uzbrojonego betonu.
Chłopcu znowu zakręciło się w głowie. Wszystko wokół wirowało. Przez zamknięte okno do jego uszu docierały stłumione odgłosy lata. Słychać było to wzmagający się, to słabnący zgrzyt piły tarczowej. Cieśla gdzieś reperował dach. Chłopiec widział niebo i cień żaluzji na suficie. Dźwięki mieszały mu się w głowie z kolorem siniaka i postaciami z komiksu. Świata nie można było powstrzymać za pomocą okna. Ani Bena Grimma, pomyślał. Kołatanie w uszach powoli wypełniało jego świadomość i trzymając w ramionach Pana Fantastycznego, Niewidzialną Kobietę, Ludzką Pochodnię i Bena Grimma, Stwora  — zasnął.

• • •

Matthias Göritz (urodzony w 1969 r., w Hamburgu) - wybitny przedstawiciel średniego pokolenia niemieckich pisarzy. Poeta, prozaik, eseista i tłumacz. Współwydawca hambursko-chicagowskiego projektu literackiego Rude Trip (2001). Opublikował dwa tomy poetyckie: "Loops" (2001) i "Pools" (2006) oraz powieść "Krótki sen Jokoba Vossa" (2005), za którą otrzymał nagrodę Mary Cassens, hamburską nagrodę promocyjną i nagrodę radia bawarskiego.

• • •

Więcej o książce Krótki sen Jakoba Vossa Matthiasa Göritza w katalogu wydawniczym Korporacji Ha!art

Krótki sen Jakoba Vossa w naszej księgarni internetowej

Projekt Petronela Sztela      Realizacja realis

Nasz serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w naszej polityce prywatności.

Zgadzam się na użycie plików cookies.

EU Cookie Directive Module Information