Wylewanie chrześniaka z kąpielą - w odpowiedzi Zenonowi Fajferowi

Mariusz Pisarski

Reakcja Zenona Fajfera na cierniste diody Leszka Onaka zdumiewa i nie zdumiewa zarazem. Jako wydawca i autor omówienia promującego ukazanie się tego generatora w Techstach, jako długoletni kolega i Leszka i Zenona, muszę zabrać głos. Mam nadzieję, że będzie on jednocześnie reprezentatywny i jednostkowy.

Jeśli chodzi o zarzuty najcięższego kalibru: esesmanizm i antysemityzm wyzierające z przeróbki Onaka, to z ręką na sercu mówię, że siedzący we mnie filosemita (mam przyjaciół Żydów, zarabiam na siebie w żydowskiej firmie, a żydowski umysł i intelekt uważam za jedno z ważniejszych osiągnięć Ziemian) nie dostrzega w schulzowskim remiksie ani krzty rasowej nienawiści czy choćby uprzedzeń. Oskarżenia tego typu zrzucimy zatem na karb nagłej, poha!awangardowej niestrawności, która i mnie swoją drogą dotknęła (tyle wina, tak mało chleba!).

Rozumiem, że chodziło nie tyle o „nazistowski”, ale raczej o imperialny gest, z jakim tekst pochodny traktuje tekst źródłowy. Za obawami tymi stoją pewne racje. Wyraził je swego czasu Moby, który zastanawiał się w wywiadzie, czy użycie krótkiego wokalnego loopu anonimowej murzyńskiej wokalistki we własnym utworze nie jest rodzajem kolonializmu, czy wręcz nowej, subtelnej formy niewolnictwa. Zenon sugeruje, że podobnie wrażliwej, szlachetnej postawy zabrakło Leszkowi w trakcie prezentacji ciernistych diód w Cafe Szafe. Ja zasugeruję, że postawa Leszka – choć niekoniecznie zwerbalizowana – jest dużo szlachetniejsza. Po pierwsze, Moby mówi o komercyjnie wydawanej muzyce. Po drugie – o własnym utworze, w którym do własnych celów używa loopu, wymazując jego pierwotny kontekst. Tymczasem Onak robi rzecz darmową i publicznie dostępną, tak jak darmowe i dostępne są teksty Brunona Schulza, i nie wymazuje śladów tekstu źródłowego. Wręcz przeciwnie, cały efekt artystyczny (rechotliwy w publicznym wykonaniu) i sedno literackiego manifestu (mocno przemyślanego, jeśli spojrzeć w kod) wyraża się właśnie w przewrotnej i wymownej proporcji, gdzie stosunek elementów zachowanych do wymienionych wynosi 9:1.

Tyle, plus możliwość losowego odświeżania segmentów, wystarczyło, by cyfrowa malwersacja uczyniła Schulza a) szybszym, b) pozbawionym młodopolskich naleciałości, c) adekwatnym do algorytmizującej się kultury. Ta ostatnia – jak twierdzi nasz słoweński znajomy Janez Strehovec – sprzyja derywatom. cierniste diody są tej tendencji świetnym przykładem, a jako wartość dodaną wnoszą coś jeszcze. Przywołują klasykę, ale spoglądają nań własnym, krytycznym okiem; posługują się algorytmem, ale go nie ukrywają, jak Facebook czy Twitter, lecz – w duchu programowania kreatywnego – przyzwalają na obwąchiwanie ze wszystkich stron („pokaż źródło” w pasku przeglądarki), przez co zachęcają do tworzenia podobnych tekstowych remiksów. Sztubacki na pozór utwór Onaka wskazuje na zjawiska, których musimy być świadomi, gdyż w przeciwnym razie zaczną nami sterować w tej samej chwili, gdy zapytamy Google o drogę do najbliższego baru. Innymi słowy, to właśnie derywatywne generatory pokroju ciernistych diód, bardziej niż wysoko modernistyczna książka Foera, przejmują rolę zwierciadeł przechadzających się po współczesnych gościńcach.

Przeczuwam, że wiem, który z ciernistych kolców malwersacji Onaka boli Zenona najbardziej. Ultra modernistę, takiego jak on, takiego jak Michael Joyce, przy akceptacji dla wszelkiego rodzaju eksperymentu, mierzi to, że Onak (w tym roku) i Puldzian (w poprzednim) jadą sobie po klasyce po to, by uszczknąć co nieco z jej kapitału i dzięki temu powiększyć własny. Twórcy światowej literatury elektronicznej nie mają z tym problemu. Simon Biggs przerabia algorytmicznie Kafkę, Nick Montfort Becketta, Alison Cliffort e.e. cummingsa, itp. Polscy poeci cybernetyczni problemu nie widzą tym bardziej. Autorski indywidualizm i pielęgnowanie „samostwórczości słowa” zepchnięte zostają w cień lub sfunkcjonalizowane w javascripcie, by ustąpić miejsca pasożytniczej z punktu widzenia neo-awangardy derywacji: cytatom struktur, remiksom selektywnym i reflektywnym oraz – w konsekwencji – graniem pod publikę. Czy to jest esencja cyberżulerstwa? Czy ją właśnie odrzuca Zenon Fajfer i wychodzi z sali? Prawdopodobnie tak.

Ale czy to znaczy, że mamy wrzucić diody i Złe słowa do – za przeproszeniem – komór gazowych literatury? Czy chciałbyś być komendantem takiego obozu, Zenonie? Prawdopodobnie nie. Twoja rola jest inna: jesteś ojcem chrzestnym festiwalu Ha!wangarda i chyba każdy chciałby, abyś nim pozostał. Twoje prace zawsze są na festiwalu obecne, twoje krytyczne refleksje zawsze dyskutowane. Zamiast wylewać swoich rozbrykanych chrześniaków z kąpielą, wraz z ich bluźnierczymi maszynami tekstowymi, życzyłbym Ci, abyś przyjrzał się ich działaniu, kodowi, który nimi steruje, i niewidocznej pracy, która zostaje weń włożona po to, by na wyjściu, na data oucie, było, owszem, śmiesznie i rechotliwie. Jednak jeśli to wynik namysłu, ślad autentycznej przygody z tekstem, a tak właśnie jest w przypadku ciernistych diód, rechotu takiego nie należy nikomu zabraniać.

• • •

Dyskusja o ciernistych diodach:

• • •

cierniste diody na stronie Techstów

• • •

Mariusz Pisarski – badacz literatury cyfrowej. Autor książki Xanadu. Hipertekstowe przemiany prozy (2013), założyciel i redaktor „Techstów”. Redaktor chapbooka Michael Joyce. Polski pisarz (2011) i współredaktor zbioru Hiperteksty literackie. Literatura i nowe media (z Piotrem Mareckim). Tłumacz, producent i promotor literatury eksperymentalnej i elektronicznej.

Projekt Petronela Sztela      Realizacja realis

Nasz serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w naszej polityce prywatności.

Zgadzam się na użycie plików cookies.

EU Cookie Directive Module Information