Zakryte i wyklepane, w burkach i w filtrach - triumfy męskich fantazji latem 2017 roku

Aldona Kopkiewicz

Lewicowy internet śmiał się ostatnio długo i z wielką satysfakcją, gdy norwescy nacjonaliści wzięli autobusowe fotele za muzułmanki w burkach. Po raz kolejny okazało się, że mamy do czynienia jedynie z głupcami, którzy nie odróżniają już nawet kobiety od fotela, i zaraz pewnie byle cień wyda się któremuś brodą dżihadysty. Ale kiedy to już się wreszcie stanie, pogoń za nicością zyska właściwe oblicze. Wtedy dopiero będzie tym, czym naprawdę jest – pogonią za cieniem. Ściganiem się z własnym odpowiednikiem, odbiciem z drugiej strony lustra, bratem bliźniakiem w walce o „nasze” przeciwko „nim”.

 

Puste fotele

 

Podstawienie kobiety za fotel i fotela za kobietę ma swoją tradycję i także ona łączy radykalne bieguny świata Zachodu i Wschodu. Nasza fejkowa rzeczywistość sprzyja ponadto komediom omyłek: dowody leżą w memach i na ulicach, a im mniej coś rozumne, tym bardziej możliwe. W skrócie zatem: jeżeli przypadkowe zdjęcie pasuje do twojego obrazu świata, wyznajesz z pewnością teorię spiskową. Prawdopodobnie jest to jakaś forma nacjonalizmu lub islamizmu i jesteś po prostu groźny. Ale czasem też, jak w przypadku viralu o muzułmankach – także śmieszny.

 

Rzeźby Allena Jonesa

 

''Mechaniczna Pomarańcza'' – kadr z filmu Stanleya Kubricka

 

Jak więc można być tak zaślepionym ideologią, by pomylić kobietę z fotelem? Oprócz kulturowych ustawień sprzyjających zrównywaniu kobiety z meblem, jest jeszcze radosna pewność siebie charakterystyczna właśnie dla głupców. W końcu oderwanie od rzeczywistości i szczęście wiedzy ostatecznej pozwala rozluźnić się i odpłynąć: zamykasz oczy na rzeczywistość i ulegasz iluzji, puszczasz swoją głupotę wolno i szczeka sobie ta głupota swobodnie do każdego przechodnia, kłapie za każdą muchą i najogólniej rzecz ujmując: zeżre wszystko, ale w końcu także i własną kupę. Niestety, niektórzy czerpią przyjemność ze spuszczania ze smyczy psów agresywnych i wtedy zeżarcie wszystkiego kończy się rozlewem krwi. Dobrze zatem, że my nie ulegamy złudzeniom i taki norweski autobus kobiet w burkach przyjmujemy z wrażliwością i tolerancją – oczy otwarte, serca na dłoni, jak ludzie dobrzy i mądrzy. Oczywiście, należy tym kobietom jakoś pomóc te burki zdjąć, bo na pewno są w nich nieszczęśliwe i skrycie marzą tylko o łączeniu kariery w urzędzie pocztowym z prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci, ale zróbmy to delikatnie wtedy, kiedy same będą na to gotowe. Zresztą, nie mnie zgadywać, o czym marzą zakryte muzułmanki; chciałam jedynie się przyznać, że i mnie przeraża ten obrazek: wchodzę do środka autobusu i nie mogę rozróżnić kobiety od fotela. Dlaczego nie mogę? Bo kobieta w burce naprawdę przypomina jedynie czarną plamę, a nie człowieka. Także jej rola społeczna upodobnia ją do fotela, nie zaś do pasażerki. Mój lęk wynika więc jedynie z faktu, że w Europie żyje coraz więcej kobiet traktowanych jak meble – między innymi przez przymusowy nikab, burkę lub nawet czador, choć mam na myśli przede wszystkim przymus zasłaniania twarzy. Oczywiście to, że tyle ich żyje – także poza Europą – również zasługuje na niepokój albo i nawet na gniew, z tą różnicą, że zniewolenie muzułmanek w ich krajach nie dotyka bezpośrednio.

 

Ale ale. Nikab sprawia, że kobieta zamienia się w coś więcej niż zwykły przedmiot. Jest żywą nicością, czującą czernią. Nicość, lecz taka, o której wiemy, że da się jej dotknąć; milcząca, lecz zdolna przemówić; zakryta, lecz z pewnością pod zakryciem piękna, seksowna; można powiedzieć: to nicość doskonała, rzecz z całej metafizyki najlepsza, a przynajmniej – najprzyjemniejsza. O przedmiot można się przecież czasem potknąć, można go złamać; pies użre, kot gdzieś zwieje, ptak przed budzikiem śpiewa, a tu nic, nic nie stoi na przeszkodzie, wystarczy mieć pieniądze na utrzymanie, a potem rozsiąść się albo/i patrzeć przed siebie na czarny materiał, który przyjmie każdą fantazję, jaką się nań rzuci czy wyświetli. To jest, oczywiście, każdą męską fantazję, bo przed tym czarnym ekranem i miękką nicością fantazjuje mężczyzna. Fantazjuje głównie o sobie, czyli dokonuje narcystycznych projekcji, ale to akurat żadne odkrycie.

 

Marko Frančeščević

 

Fantazjujemy jednak obecnie wszyscy, bo to wokół zakrytych kobiet kręcą się niezdrowe fascynacje i lęki natury politycznej, co uświadomiła mi ostatnio praca Marka Frančeščevića. Widziałam ją w galerii Brodac w Sarajewie, w którym od jakiegoś czasu muzułmanów z Kataru, Arabii Saudyjskiej i innych tego rodzaju niewesołych krajów jest coraz więcej, przyjeżdżają tam bowiem inwestować, zakładać hotele, kupować domy i ziemię oraz, najprawdopodobniej, radykalizować zsekularyzowanych bośniackich muzułmanów. Kobiet w nikabach jest tu całe mnóstwo, a w czterogwiazdkowym hotelu Europa, gdzie przesiadywałam w hallu ze względu na dostępność klimatyzacji i internetu – upały dochodziły do 38. stopni w cieniu – dwie, trzy kobiety w czerni i bez twarzy, ze swoim pojedynczym mężczyzną, wózkiem walizek i gromadą dzieci, były widokiem najczęstszym – gdyby nie obecność gości Festiwalu Filmowego, być może byłby to tam widok jedyny. Mimo to praca Frančeščevića nie mówi o samym Sarajewie, a łączy globalne problemy polityczne z uniwersalnym znaczeniem woalu. To, co zakryte, tajemnicze, łudzi nas obietnicą prawdy, lecz podążając za nią, dajemy się jedynie przyciągać nicości. Pod zasłoną wszakże nie czeka żadna prawda, prawda ponadto nigdy nie jest jedna jedyna, a odkrywanie jednym gestem owej jednej jedynej przystoi raczej magikowi z króliczkiem i kobietą przeciętą na pół – tadam!

Chusta zakrywająca muzułmankę działa jak ekran: pozwala uciec od rzeczywistości i z rozkoszą zatopić się w wielkim, świetlistym, pustym materiale, który bez oporu przyjmie dowolne obrazy, zwłaszcza te zdolne uśmierzyć niepokój jakimś prostym i jasnym sensem – czyli gotową ideologią. Tak jak tajemniczej kobiecie w woalu oddajemy zatem cześć ideologii, a tym samym sami owijamy się w czador – szczelnie i ciepło, jak wtedy, kiedy w kołderkę zawijała nas mama, byśmy mogli śnić bezpiecznie (moja mówiła do mnie i brata: „Zawinę was na naleśnika!”). Zakryć siebie, własną twarz i ciało – nazwać wstyd za siebie skromnością, a wyparcie miłością do wyższej sprawy, potem zaś stać już tylko twardo i mocno jak gotowy pomnik, wypatrując sokoła z listem, że nadszedł czas rozstrzygającej bitwy. To jest, przepraszam: potem zaś już tylko spać twardo i mocno jak gotowy pomnik, wypatrując sokoła z listem, że ostatni most do jawy został spalony.

 

Salvador Dali przy biurku

 

Tymczasem strój ten nie został stworzony po to, by wzmacniać tajemniczość czy chronić marzycielskość, lecz by – w zawoalowany sposób – poniżać kobiety. Burka, nikab lub czador są przenośnym więzieniem, klatką, którą ofiara wkłada na siebie sama. Kobieta w zakryciu istnieje przecież tylko dla wzroku męża, tylko w relacji do niego, jedynie w zasięgu jego władzy. Niektórzy powiedzą, że to wolność, bo co to dopiero za ciężar żyć w nieograniczonej i wielorakiej sieci spojrzeń jak kobieta Zachodu. Ale że właśnie nikab daje kobiecie wolność, może powiedzieć jedynie ktoś, kto uważa, że ciało kobiece jest w całości li tylko siedliskiem seksu. A więc ktoś, dla kogo relacja wobec kobiety może być jedynie seksualna. Seks zaś to sfera zwierzęca i nieokiełznana, a przez to – tajemnicza. Domaga się więc przemocy szczególnej. Na szczęście wzorce kontroli i ładu podpowiada religia; religia też uczy pożądać tego, co nie istnieje, a przynajmniej – nie jest cieleśnie obecne. Miłość do Boga to zaś miłość oddania i poddania, to miłość uwikłana w lęk przed władzą. Władzą prawa i władzą nieobliczalną, skoro niezbadane są wyroki boskie. Lęk, który budzi w nas nicość, to także lęk przed nieznanym, przed niesamowitym.

 

Kobiety w państwie wyznaniowym

 

Kobiety w państwie wyznaniowym (kadr z serialowej ekranizacji ''Opowieści podręcznej'' Margaret Atwood)

 

Kiedy jednak zbliża się do mnie kobieta w nikabie, odczuwam także lęk jak najbardziej ludzki, może nawet zwierzęcy. Oto ktoś, kogo nie widzę, nie czuję; nie widzę spojrzenia, kącików ust, wyrazu twarzy i gestów ciała, a wraz z nimi nie odczytuję jej intencji, uczuć ani żadnych innych sygnałów, stanowiących podstawę międzyludzkiej komunikacji. Nie widzę, jak się czuje, nie widzę, czy jest chora lub bita. Nie mogę rozpoznać, jakie ma wobec mnie plany. To tak, jakby ktoś obserwował cię z miejsca, do którego ty dostępu nie masz. Potem, po chwili zwierzęcego lęku, który szybko ukrócam racjonalizacją, że to tylko jakaś biedna kobieta, pojawia się jeszcze współczucie. Nie dostaję przecież żadnej informacji poza tą, że siedzi obok mnie kobieta w przenośnym więzieniu. Zakryta kobieta pozostaje wyłączona z jakichkolwiek relacji międzyludzkich, które nie są częścią zaprogramowanego dla niej układu dom-rodzina. Spojrzenie innych bowiem nie tylko ogranicza, ale i wiąże, łączy, wyzwala. Wplata nas w sieć komunikacji, uobecnia na najbardziej podstawowym, ludzkim i społecznym poziomie. Ta wielorakość spojrzeń –istnienie wśród wielu innych ciał i twarzy – to także wielorakość prawd, które nas otaczają i które dają nam wolność, czyli poczucie, że nie jesteśmy skazani na jedną z nich.

Pisząc ten felieton miałam cały czas z tyłu głowy wystąpienie dziennikarek „Wysokich Obcasów”, które zaprezentowały swoje zdjęcie w strojach kąpielowych bez fotoszopa – nie były „wyklepane”, jak to nazwał profesjonalny pan poprawiacz, z którym w tym samym numerze przeprowadzono wywiad. Wiele tej akcji można zarzucić, przede wszystkim: dopingowanie miłości własnej, bez pamięci o innych i o tym, że nasze potrzeby zawsze będą z nimi związane. Czyli o tym, że chcemy się podobać i że troska o ciało jest kwestią miłości nie tylko do siebie, ani też miłość własna nie powinna być zachętą do wyparcia własnych problemów, które mogą manifestować się na ciele. Dobrze byłoby także przypomnieć, że dręczenie własnego ciała nie wynika jedynie z mocy lansowanych przez media ideałów kobiecości, a przede wszystkim z nienawiści do siebie, powstałej na skutek niewłaściwej opieki i miłości rodzicielskiej.

Ale, mimo to, akcja ta sprzeciwia się temu, co w naszej kulturze stanowi odpowiednik muzułmańskiego nikabu, burki, czadoru – czyli zakrywającym rzeczywiste ciało kobiety zdjęciom. Nawet jeśli pan poprawiacz w wywiadzie ma rację twierdząc, że zawsze istniały i będą istnieć technologie poprawiania urody oraz ideały kobiecości, jeszcze nigdy, zwłaszcza w spauperyzowanych ekonomicznie i kulturowo krajach, w których wierzy się w telewizję i kolorowe foteczki celebrytek, kombinacja dostępnych już każdemu narzędzi poprawiania obrazu i oddziaływania wzorców popkultury nie miała takiej mocy. Jeszcze nigdy nie byliśmy poddani tak silnemu szczuciu idealnym ciałem i tak bezbronni wobec braku urody własnego ciała, skoro coraz mniej ludzkich aktywności uważanych jest za istotne, znaczące (mówię o patrzeniu na drugiego człowieka ze względu na jego moralność, wartości, sposób życia, talenty itp. itd.). Sztuczny, wygładzony, wyszczuplony obraz kobiety na okładce zakrywa zatem jej prawdziwe ciało po to, by uczynić ją bardziej seksowną, a nawet – doskonałą. Burka robi dokładnie to samo. Nie chcę tu zrównywać dwóch kultur do końca, bo oczywiście w kulturze Zachodu kobiety miały, a przede wszystkim – wywalczyły sobie więcej praw i wolności, ich sytuacja jest nieporównywalnie lepsza, a okładka to jedynie jedno z wielu spojrzeń, które mogą brać pod uwagę lub nie. Okładka kolorowego pisma dla kobiet czy dla mężczyzn nie ma w naszej kulturze władzy absolutnej. Ideałów kobiecości mamy coraz więcej i zmierzamy jednak do tego, by nie mieć żadnego – ta różnorodność także staje się możliwa dzięki nowym mediom społecznościowym.

 

Selfie z filtrem

 

Kobeta „wyklepana” fotoszopem stanowi ekran projekcyjny dla męskich pragnień z kręgów kultury greckiej i chrześcijańskiej, to jest kręgów pozwalających na przedstawienie rzeczywistości w obrazie. Jednolita plama burki odpowiada świetnie zakazowi reprezentacji ludzi i zwierząt w kulturze arabskiej. U nas wolno przedstawiać nie tylko ludzi i zwierzęta, lecz także: boginie i bogów, istoty idealne, nieskazitelne – nieludzkie. Nie chcę wprawdzie odrzucać ideału; z realizmem także lepiej uważać, bo zwykle zamienia się w końcu w kolejną iluzję. Mimo to mężczyźni, którzy pożądają tylko kobiet z okładek, rozkładówek i konkursów piękności – podobnie jak kobiety, które pożądają mężczyzn z billboardów i kochają się w aktorach – niewiele różnią się od muzułmanów zmuszających kobiety do noszenia burki. Także tu chodzi o to, by uprawiać seks z pustką zamiast pozostawać w związku z rzeczywistą osobą, o miłości nie wspominając. Także tu fantazje okazują się jedynie ofertą religijną lub towarową. Bezcielesnym znakiem, bez żadnego pokrycia – przejrzystym symulakrem, fejkiem, który zakrywa jedynie fakt, że towarzyszący jej mężczyzna przegląda się we własnym odbiciu – i w odbiciach innych mężczyzn. Pozór nigdy nie daje jednak zaspokojenia, potrzeba uznania zostaje. Wtedy należy znaleźć sobie złego bliźniaka z drugiej strony lustra i walczyć z nim do rozlewu krwi – choć to on, a nie kobieta, powinien mieć status symulakru.

 

Bojownik ISIS ucieka z Mosulu przebrany za kobietę

 

Kobieta Barbie

• • •

Czytaj także:

• • •

Aldona Kopkiewicz – urodzona w 1984 roku w Szczecinie. Autorka poematu sierpień (Lokator 2015), filozoficzno-fantastycznych bajek i esejów (publikowanych głównie w „Dwutygodniku”, „Ha!arcie”, „Ricie Baum”, „Twórczości”). Bywa też dramaturgiem. W 2016 sierpień został wyróżniony Wrocławską Nagrodą Poetycką Silesius za debiut roku.

Projekt Petronela Sztela      Realizacja realis

Nasz serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w naszej polityce prywatności.

Zgadzam się na użycie plików cookies.

EU Cookie Directive Module Information