Autor kłania się i zabija

Anna Fiałkowska

Moje doświadczenie ze studiami można określić jako zdecydowanie nie najlepsze. Tutaj powinno nastąpić typowe dla studentów tłumaczenie się: a bo mi się czytać nie chciało, bo w bibliotece nie było, bo zajęcia na ósmą, bo profesor się uwziął, bo się przeziębiłam, bo czasu nie miałam.

I, o dziwo, wcale tak nie było. Bo czas miałam, czytać mi się chciało i nawet umiałam użyć katalogu bibliotecznego, a na profesorów to w rezultacie ja się uwzięłam. A jednak studiów nie skończę. Bo nie mam siły.

Studentów w Polsce jest sporo. W zeszłym roku akademickim było ich 1348822, ze mną w roli jednej z cyferek, mimo że już na urlopie. Liczba studentów, jak się jednak okazuje, maleje. Czyżbyśmy się mieli ocknąć w końcu z pięknego snu o wyższym wykształceniu otwierającym wszystkie drzwi?

Kulturoznawstwo, pedagogika i wszelkiego rodzaju filologie, także te „neo”, to prawdziwe kierunki przyszłości. Praca? Czym jest praca? Najpierw wykształcenie, a potem praca do niego DOSTOSOWANA.

Tylko że nie. Bo po prawie każdych studiach i tak trafi się do tej samej przegródki stażysty czy wiecznego praktykanta bez doświadczenia...

Studia to niekończąca się przejażdżka rollercoasterem, ale przejażdżka dość monotonna, co potwierdza granie w dodatek do Simsów 2, kiedy to idzie się w końcu na studia. Absolutne minimum w tej symulacji życia to jedno wyjście na wykład, praca semestralna i dwa odrobienia pracy domowej w semestrze. Sprawdziłam. Za takie działanie dostaje się ocenę 5+ i stypendium dziekańskie w wysokości 1200 simowych dolarów. Zrobienie mniej właściwie niewiele zmienia, bo studiów nie da się nie zdać.

A jak to jest w prawdziwym życiu? No, trzeba trochę więcej pochodzić na uczelnię, ale reszta właściwie się zgadza. Tylko że prac semestralnych jest tak z pięć, sześć – po jednej na każdy przedmiot. Nikt tych prac raczej nie czyta, ewentualnie wykładowca zagadnie o jakiś tam element (najczęściej: „skąd pomysł na tytuł?” albo: „dlaczego podsumowanie jest takie, a nie inne?”), potem uda, że wysłuchuje odpowiedzi, i wystawi ocenę. Piątka czy trójka – to zależy chyba tylko od humoru wykładowcy i prezencji studenta. Ale wysilać się wcale nie trzeba. No bo wysilanie się i w ogóle tzw. ciężka praca na pewno nie jest już wymogiem na jakichkolwiek studiach humanistycznych – bo, jak można się domyślić, o takich tu mówię. Pisanie pracy natomiast to składanie cytatów z różnych książek w taki sposób, żeby się jako tako trzymały ze sobą. Sama napisałam wiele prac na takiej zasadzie, że wypożyczałam książkę, otwierałam ją na przypadkowej stronie, czytałam wylosowaną treść i dobierałam jakiś zgrabny cytat, który dopasowywałam następnie do innego cytatu pozyskanego tą samą drogą. I co? Same piątki, od góry do dołu.

Właściwie wszystkie tematy i zagadnienia, które pojawiały się na moich studiach, opatrywano zastrzeżeniami typu: „to nieobowiązkowe”, „to w ramach ciekawostki” czy „tego nie muszą państwo pamiętać”. Zajęcia prawie zawsze polegały na pobieżnym omawianiu tekstów, które miałam za zadanie przeczytać w domu, niewiele do nich wnosząc poza paroma miałkimi anegdotami. Przykładowo, czytanie Waldena Thoreau skończyło się żarcikami o wyjeździe w Bieszczady, a czytanie wierszy Borowskiego zalewem pytań z cyklu: „A WIĘC KTO MÓWI W TEKŚCIE?”.

Moim studiom nieodłącznie towarzyszyło rozczarowanie. Rozczarowanie, co warto podkreślić, płynące z nudy, która pojawiła się naprawdę szybko. Bo – wbrew treściom wyświetlającym się obficie przed każdą sesją na fejowych łolach studentów – naprawdę nie jest trudno być na bieżąco ze studiami. Mówimy właściwie o trzech godzinach pracy. W tygodniu. Można poświęcić więcej, jak najbardziej. Tylko tutaj rodzi się pytanie: PO CO?

Podobnie jak w przypadku studenckiego dodatku do Simsów, w którymś momencie zrobi się to minimum, które tak naprawdę jest maksimum. Zapełni się cały pasek wiedzy wymaganej na dany semestr. I nawet jak przeczyta się i powie więcej, nie będzie to już żaden profit na studiach. Może dla samego siebie, tak, ale czy ta wsobna radość z odkrywania czegoś może na dłuższą metę zastąpić satysfakcję z pochwały od przełożonego? To jakby wymagać od lekarzy rezydentów zadowolenia z samego faktu, że są lekarzami, i dziwić się, że chcą za swoją ciężką pracę dostawać godziwą zapłatę.

Moja dokładność, sumienność i ciekawość nigdy nie zostały nagrodzone. Pisałam już o tych perypetiach w innym tekście. Dziś mogę się już tylko wyżalić i przysłowiowo nasrać na system wyższej edukacji. Nie zatytułowałabym jednak mojego tekstu O nędzy w środowisku studenckim… z nieśmiertelnymi trzema kropkami na końcu, chciałabym jedynie nakreślić problem porzucenia rozumu, który dane mi było obserwować stanowczo za długo.

Czytałam niedawno tekst, który polubił na feju jeden z moich znajomych. Tak właściwie to nie chciało mi się go czytać, bo o ile niektóre tezy były słuszne, to pompatyczne zawodzenie, że filolog rzekomo mógłby powiedzieć – cytuję – „zajmuję się czymś nieprzydatnym na rynku pracy. Ale czyż z tego powodu filologia nie jest czymś wyjątkowo pięknym? Całym światem rządzi brudny pieniądz i jeszcze brudniejsza polityka, a ja rozkoszuję się poezją X-a oraz jej niezmiennym blaskiem”, sprawiło, że zachciało mi się rzygać. Bo środowisko, w którym się znalazłam, było w moim odczuciu zapełnione ludźmi całkowicie zamkniętymi na jakiekolwiek piękno jakiejkolwiek poezji, a z drugiej strony też i na to, że za płotem uniwersytetu trwa manifa. Być może miałam pecha, być może byłam źle nastawiona, być może wszystko teraz wymyślam.

A jednak ośmielę się postawić tezę, że to właśnie na studiach humanistycznych czyta się najmniej. W ogóle wymaga się na nich niewiele, prawie tyle, co nic. Niby powinno się czytać te lektury i teksty badaczy na zajęcia, niby można dowiedzieć się, kto to Debord, Deleuze i Diogenes, ale to wiedza równie ulotna, co pamięć o zeszłotygodniowym obiedzie. Ktoś tam coś napisał, ktoś tam coś sobie pomyślał, aha, okej. A jaki jest mój ulubiony pisarz? „Hmm, tego jeszcze nie wiem, ale za każdym razem powtarzam, że będę mogła odpowiedzieć po tym, jak skończę moją edukację” – to autentyczna wypowiedź (nie)jednej mojej koleżanki ze studiów. Niektóre z nich skończyły edukację po trzech latach i po strzeleniu sobie nieśmiertelnej fotki na progu uczelni, z pięknie oprawionym w skórę licencjatem w ręce. I zatrudniły się jako nauczycielki szkół podstawowych na jakichś wsiach nieopodal ich wsi rodzinnych. A potem dziwimy się, że każde kolejne pokolenie wyrasta coraz głupsze, co nie?

Tutaj warto byłoby oderwać się od snucia wspomnień o ignorancji i wrócić do rzeczywistości. Czytelnictwo zanika. Nagłówki (nie do ogarnięcia) straszą: Polacy nie czytają książek albo: Polacy już książek prawie nie czytają. Kiedy odwiedziłam ostatnio empik, żeby skrócić sobie czas oczekiwania na tramwaj, odkryłam, że na półce z bestselerami dla dorosłych znajdują się następujące hity: Zatrzymaj Hashimoto (opasła księga z przepisami typu jajko sadzone w awokado, nomen omen mogłam kupić, bo chciałabym wiedzieć, jak zatrzymać moje 橋本) i Bullet Book z podtytułem Bądź pięknie zorganizowana, czyli po prostu… notatnik z poradami, jak prowadzić notatki. Na półce z topkami dla młodzieży znalazłam z kolei Super Slime – poradnik, jak robić gluty, i nieśmiertelny Zniszcz ten dziennik, w kolejnej, chyba trzeciej już limitowanej edycji.
To wszystko nie są tak naprawdę książki. Książką trudno byłoby mi też nazwać setne już wydawnictwo Harlana Cobena, Dana Browna, Camilli Läckberg, Zygmunta Miłoszewskiego czy Szczepana Twardocha. Ale to właśnie one zalegają masowo na półkach w empikach, matrasach i innych miejscach typu Kaufland albo Carrefour. I nawet wyglądają jak książki. Mają papier i zachęcające, tajemnicze okładki. Nie są też znowu aż takie drogie.

To jednak nie są książki. I kiedy się je czyta, to nie rozwija się tego umysłu w sposób, o którym mówi nieśmiertelny cytat z kwejka, że kto czyta, ten żyje dwa razy (tak, wiem, że powiedział to Umberto Eco). Bo to nie są lektury wymagające, podobnie jak wymagające nie są studia humanistyczne. Od wielu lat następuje odwrót, który to Fromm pięknie nazwał „ucieczką od wolności”. Od wolności już dawno uciekliśmy, teraz uciekamy od rozumu. Łatwiej i przyjemniej sięgnąć po krótką, przyjemną lekturę, albo – jeszcze gorzej – po książkę rzekomo wymagającą, bo jej gabaryty sprawiają takie wrażenie. Czytadła w rozmiarze Szczygła Donny Tartt na dobre zadomowiły się na półkach. Bo to robi wrażenie przecież: przeczytanie dzieła liczącego pięćset stron. To nic, że taka lektura nie pozostawi śladu w głowie; że zapomni się o jej fabule prawdopodobnie przed upływem tygodnia. Opakowane w twarde okładki sterty bzdur nazywane są książkami, a nawet zostają bestsellerami, tak jak Dziewczyna z pociągu albo Małe życie. Kupuje się to, czyta się to, nie trzeba się wysilać, nie trzeba rozgrzewać za mocno umysłu. R E L A K S – na to trzeba postawić. Chwila R E L A K S U z książką, a po tej chwili powrót do przeglądania feeda na insta.

Filolodzy polscy rzekomo coś tam czytają. Zakładam jednak, że ja po prostu miałam tego pecha. Że to pech sprawił, że musiałam słuchać zachwytów koleżanek nad kolejnymi książkami Stephena Kinga, Érica-Emmanuela Schmitta i hitami typu Beduinki na Instagramie. Więc tak, filolodzy czytają. Ale czy rozumieją?

Rozumienie to chyba najtrudniejszy koncept, jaki może być. „Trudna literatura to prawdziwa literatura”, mówię do siebie, kiedy spocona odkładam na półkę kolejną książkę Roberto Bolaño albo Davida Fostera Wallace’a. Ale kto chciałby się męczyć w XXI wieku, kiedy jesteśmy nastawieni głównie na R E L A K S? Po co brać się za książkę trudną, męczącą, skoro ze sklepowych półek kuszą tytuły zapowiadające R E L A K S? Przecież przeczytanie pięciu książek w roku – autorstwa na przykład Remigiusza Mroza albo Katarzyny Bondy – to jest super osiągnięcie, prawda?

Dlatego tak wielu Polaków sięga – jak straszy nagłówek w „Newsweeku” – albo po przysłowiowego Sienkiewicza, albo po przysłowiowe Fifty Shades of Grey. Bo łatwo je zrozumieć. Bardzo łatwo. Nie ma się co dziwić – więcej osób pójdzie zobaczyć nowego Marvela niż nowego Zwiagincewa. Ludzie to są po prostu ludzie, rozrywka jest rozrywką i większa część społeczeństwa odpoczywa na kolejnych Patrykach Vegach, a nie na Trzech billboardach za Ebbing, Missouri.

Nie jestem na tyle naiwna, żeby postulować jakąś marketingową zmianę w kulturze czy przymusowe doszkalanie społeczeństwa. Niech ludzie będą ludźmi. Niech rozrywka będzie rozrywką, a relaks relaksem. Nic w tym złego, tak jak i niczego złego nie ma w różnorodności czy w możliwości choćby pozornego wyboru. Boli mnie jednak już od dawna myśl rodem z jakiejś teorii spiskowej – że obecnie to właśnie uniwersytety są siedliskiem tej wsteczności, tego utwierdzania mas studentów w przekonaniu, że brak wysiłku intelektualnego jest więcej niż okej. Bo student to kiedyś jednak był KTOŚ, powiedzmy. Taki ktoś, jakiego można zobaczyć we wczesnych filmach Zanussiego – nudny, w okularkach, w sweterku; biedak, ale za to sięgający w swoich dysputach do gwiazd. Ja wiem, że ten typ ludzi został wymieciony przez kapitalizm, o czym trąbił Koterski w Dniu świra. Zresztą wszyscy o tym trąbią do dzisiaj. Mnie jednak boli, że ten stan jest nieustannie podtrzymywany, a status quo studenta-darmozjada czekającego na studencki czwartek w klubie smuci i mierzi.

Bo to właśnie studenci powinni być przez swoich profesorów szkoleni, wychowywani na świadomych czytelników, a może nawet konsumentów. Tymczasem mam wrażenie, że umiejętność czytania i rozumienia tego, co się czyta, właściwie już zanikła. Mnie samej dwie panie profesor na uniwersytecie nie miały ochoty nauczyć umiejętności pod tytułem Teoria Literatury, jako że był to po prostu za trudny temat. Pozostało po tych ćwiczeniach tylko nieśmiertelne, zadawane już od gimnazjum pytanie: „KTO MÓWI W TEKŚCIE?”. Autor. Autor już wtedy był narratorem.

A teraz autor kłania się i zabija. Ten sam autor, który wie, jak się sprzedać. Autor, który swoją książką przyciągnie masę czytelników, to autor dobry, nadzwyczaj dobry. Tak jak seriale Netfliksa, które przyciągają masę widzów, muszą być dobre. Tak jak reportaże z wydawnictwa Czarne (na przykład najnowszy hit, Poznań. Miasto grzechu Kąckiego – 350 stron taniej kontrowersji wyjętej żywcem z „Faktu”) muszą być dobre, bo są szczere, prawda?

Na początku 2018 roku życzę więc sobie przede wszystkim, żeby nie tylko czytanie, ale i ROZUMIENIE nie zanikło. Życzę też sobie, żeby ci wstydzący się czytania Głowińskiego filolodzy polscy wyszli zza murów uniwersytetu i otworzyli swoje głowy na rzeczywistość (także tę smutną i nudną, czyli polityczną); żeby rzeczywiście zaczęli czytać poezję i odkrywać jej piękno. Ale też, co jest dla mnie jeszcze ważniejsze, żeby ci, którzy jeszcze rozumieją, co czytają, i ci, którzy czytają coś więcej niż nieśmiertelnego Sienkiewicza i Fifty Shades of Grey, zaczęli w końcu konstruktywnie krytykować i przestać sprawiać, że każda kolejna powieść autorstwa Donny Tartt albo skomplikowany tom poezji zostaje ARCYDZIEŁEM. Bo o tym chyba zapomnieli panowie profesorowie, doktorowie, studenci filologii polskiej, a w końcu też i krytycy literaccy: że nie sztuką jest chwalić; że studiowanie nie powinno polegać na mieleniu słów przez dziurawą maszynkę do mięsa i że nikt z nas nie chciałby żyć w świecie z Black Mirror, w którym sięgając po książkę mówi się: „and to think people used to do this for fun?”. A do tego właśnie punktu powoli zbliża się moje pokolenie. To punkt, w którym czytanie trudnych tekstów to sporadyczny i nieprzyjemny obowiązek, a prawdziwa zabawa równa się czytanie tekstów łudząco przypominających fejowego łola.

• • •

Anna Fiałkowska – lat 22, mieszka w Poznaniu. Obecnie trochę studiuje filologię polską. Fanka Warhola, Bowiego i Tracey Emin. Czyta Houllebecqa, Grochowiaka i Hertę Muller. Dużo pisze, głównie prozę i poezję.

Projekt Petronela Sztela      Realizacja realis

Nasz serwis używa plików cookies do prawidłowego działania strony. Korzystanie z serwisu bez zmiany ustawień dla plików cookies oznacza, że będą one zapisywane w pamięci urządzenia. Ustawienia te można zmieniać w przeglądarce internetowej. Więcej informacji udostępniamy w naszej polityce prywatności.

Zgadzam się na użycie plików cookies.

EU Cookie Directive Module Information